Poloni@ Business
{page_header}

strona główna | firmy | organizacje | wiadomości | adresy | nasz serwis | dodaj link | komentarz | szukaj |

firmy w: london | port stanley | st. thomas

Film o nie zrealizowanych projektach Andrzeja Wajdy

Mówi Stanisław Janicki
Ten pomysł narodził się w zamierzchłej przeszłości - u progu lat siedemdziesiątych, kiedy z Andrzejem Wajdą robiłem dla miesięcznika "Kino" obszerną "spowiedˇ" reżysera w trakcie realizacji "Krajobrazu po bitwie".

Z reżyserem rozmawia się na ogół przed zdjęciami i po premierze. Rzadko w okresie zdjęciowym (abstrahuję od standardowych wypowiedzi dla prasy) a już prawie wcale nie rozmawia się o filmach, których nie udało się nakręcić. Bo temat bywa czasem trochę wstydliwy, jako że niekoniecznie decyzje władz czy cenzury albo brak pieniędzy są najczęstszymi przeszkodami.

Proces twórczy jest - jak wiadomo - bardzo skomplikowany, a jego meandrów i tajemnic nigdy do końca się nie zrozumie. Mało jest też reżyserów, którzy, marzyliby, myśleliby, pracowali nad większą liczbą projektów a jeszcze mniej takich, którzy chcieliby i umieli o tym szczerze opowiedzieć. Andrzej Wajda należy do tych nielicznych wyjątków. Taka była geneza 3-odcinkowego filmu telewizyjnego "Marzenia są ciekawsze", który w scisłej współpracy z Andrzejem Wajdą zrealizowałem.

Tak naprawdę to planowaliśmy kiedyś książkę o nie zrealizowanych projektach, ale z jakiś niezrozumiałych i prawie nie metafizycznych powodów nie zdołaliśmy przez prawie trzydzieści lat zainteresować tym pomysłem żadnego wydawnictwa! Zainteresownaie wykazała natomiast, półtora roku temu, Redakcja Filmowa I Programu TVP. Dzięki usilnym a nieraz dramatycznym staraniom warszawskiej firmy producenckiej MTM oraz życzliwości wielu osób udało się to przedsięwzięcie doprowadzić do końca.

Najważniejszym elementem filmu jest oczywiście rozmowa z Andrzejem Wajdą. Zapis ten liczy prawie siedem godzin. Z tych siedmiu godzin trzeba było "wykroić" trzy razy po czterdzieści pięć minut. Największym moim problemem było uzupełnienie zmontowanej rozmowy materiałem... no właśnie - jakim ? Musiał to być materiał zdjęciowy związany merytorycznie z poszczególnymi tematami rozmowy, czyli nie zrealizowanymi (!) projektami, ale jednocześnie nie mogłem ingerować własnymi pomysłami w tok i charakter opowieści Andrzeja Wajdy. Znalezienie złotego środka nie było łatwe.

Pewne rozwiązania wynikały wprost z "pomysłu na film" Wajdy. Na przykład "Kartotekę" Tadeusza Różewicza zamierzał on zrealizować na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich (tu - w tym przeciągu - miało stać łóżko)... Film inspirowany "Jutrznią" Krzysztofa Pendereckiego to "obraz totalnej zagłady "Łemków", powstała więc scena o charakterze dramatycznego, poetyckiego znaku... Opowieść o filmie "Sarajewo 1914" chciałem uzupełnić dokumentalną wędrówką przez współczesną, zrujnowaną stolicę Bośni - trasa zamachowców i arcyksięcia - ale ze względu na bezpieczeństwo tę wyprawę nam odradzono; wtedy Andrzej Wajda podsunął pomysł wykorzystania oryginalnych eksponatów w Muzeum Armii w Wiedniu (m.in.autentycznego samochodu księcia z przestrzeloną karoserią...) Robiliśmy też zdjęcia w Heidelbergu i Norynberdze (wojenna wersja "Jądra ciemności") czy Moskwie (opowieść "Blokowisko" o niezwykłej miłości aktora-szmirusa)... Byliśmy, rzecz jasna, również na planie "Pana Tadeusza" - to przecież jeden z "nie zrealizowanych projektów", który Andrzej Wajda jednak zrealizował.

Autorem zdjęć do filmu "Marzenia są ciekawsze" jest Krzysztof Tusiewicz. W filmie wykorzystano też bogaty i bardzo róznorodny, często unikatowy materiał archiwalny - filmowy i fotograficzny (wojna polsko-radziecka, mało znane zdjecia Agnieszki Osieckiej, Zbyszka Cybulskiego, Marka Hłaski, Jerzego Andrzejewskiego, Stanisława Lema, Aleksandra Sołżenicyna, archiwalne zdjęcia ruin zakładów Bunawerke, w których miała się rozgrywać akcja pierwszego "nie zrealizowanego projektu" - "Jesteśmy sami na świecie" itd.) Film zmontowała Joanna Wojtulewicz.

Ponieważ spora część zarejestrowanej opowieści Andrzeja Wajdy nie weszła - ze względu na ograniczony czas trwania - do filmu, proponuję czytelnikom lekturę kilku fragmentów, które nie znalazły się w wersji ostatecznej. Również i dlatego, żeby za kilka lat ktoś nie wpadł na pomysł zrobienia filmu o "nie zrealizowanych tekstach" Andrzeja Wajdy...

Mówi Andrzej Wajda
Tajemnice "Dziadów"

...Zawsze myślałem tylko o III części "Dziadów". Jest ona na tyle ufabularyzowana, wyrazista, że mogłaby się stać podstawą filmu. Pod warunkiem wprowadzenia na ekran rzeczywistości tamtych wydarzeń, przedwe wszystkim pokazania Wilna jako małego, prowincjonalnego miasta. Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na istotne pytanie: dlaczego wysyła się senatora, człowieka na wysokim stanowisku, do małej, dalekiej miejscowości, żeby zajął się jakimiś kilkunastoletnimi chłopcami? Odpoweidˇ jest bardzo prosta. Gdzie jest najbliższy uniwersytet w Imperium? Dopiero w Moskwie. A więc uniwersytet wileński - czy się tego chce, czy też nie - jest uczelnią, która kształci przyszłą administrację - nie polską, ale rosyjską. I jeżeli ci młodzi, którzy mają w przyszłości pracować w administracji rosyjskiej, zakładają jakieś tajne kółka, porozumiewają i zawiązują się ze sobą - to jest zagrożenie dla Imperium. Dlatego trzeba nad tą młodzieżą ustanowić surowy nadzór, postawić ich przed sądem i przykładnie ukarać.

Myślę, że takich tajemnic jest w "Dziadach" znacznie więcej. Bez zrozumienia i wydobycia tych wątków, łączących sprawy osobiste z konkretną rzeczywistością polityczną, "Dziady" będą wyłącznie utworem czysto poetyckim. Kiedyś wszyscy tę rzeczywistość znali, dzisiaj trzeba by ją wprowadzić na ekran. A to nie jest wcale takie łatwe.

Wiele tajemnic zawartych jest w tzw. Ustępie, który nie został w ogóle ukształtowany dramatycznie. Na przyklad w jaki sposób spojrzał Mickiewicz na Petersburg. To pełna pogarda, to dostrzeżenie małości i brzydoty tego miasta. Zapytałem Adama Mauersbergera, dlaczego Mickiewicz tak surowo spojrzał na Petersburg, przeciaż jedno z najpiękniejszych miast w Europie? Czy tylko wrodzona - że tak powiem - polityczna niechęć do Rosji podyktowała mu te strofy pełne ironii a nawet pogardy? Adam Mauersberger odpowiedział: Mickiewicz ukończył klasyczne gimnazjum. Nauczyło go ono rozróżniania piękna według kategorii antycznych. Dlatego opisuje jakieś tureckie pawilony, śmieszne kolumny. Mickiewicz dobrze wiedział, co jest naprawdę piekne.

Spotkałem niedawno Wiktora Osiatyńskiego. Byłem w Rosji - powiada - i jedno mnie zdumiało: twarze ludzi nie gotowych; nie gotowych do przyjęcia tej cywilizacji, która na nich czeka za progiem. Powiedziałem: Drogi panie Wiktorze, niech pan zajrzy do Mickiewicza, do "Ustępu" i tam pan przeczyta: "lecz twarz każdego jest jak ich kraina, pusta, otwarta i dzika równina. Mickiewicz wiedział, że ich dusza musi się dopiero ukształtować, tak jak ukształtowała się dusza społeczeństw zachodnich i jak nasza powoli się kształtowała. Myślę więc, że "Dziady" są utworem bardziej do czytania niż do ogladania.

Nie tak dawno pojawiła się w telewizji nowa inscenizacja "Dziadów". Aktor grający guślarza wyznaje, że te gusła podobne są do obrzędów afrykańskich. Trochę się uśmiechnąłem, bo muszę powiedzieć, że przed laty, kiedy byłem na festiwalu filmowym w Rio de Janeiro, poznałem pewnego profesora uniwersytetu we Lwowie, mieszkającego teraz w Brazylii. Zgadało się o "Dziadach". Jeżeli chce pan - mówi on - przekonać się, jakie są korzenie obrzędu w "Dziadach" - to niech pan koniecznie zobaczy macumbę. Zobaczyć prawdziwą macumbę nie jest takie proste, bo to dla wykształconych Brazylijczyków sprawa trochę wstydliwa. Tak długo jednak nalegałem, że wkońcu zawieziono nas (Małgosię Braunek, Daniela Olbrychskiego i mnie ), pod eskortą policji, w odpowiednie miejsce, gdzie się ten obrzęd odbywał.

Bębny słyszeliśmy już z daleka; kiedy zbliżaliśmy się do dzielnicy, w której ten obrzęd miał miejsce, ich dzwięk stopniowo narastał. Bez tych bębnów nie sposób byłoby wprowadzić się w taki trans, w takie podniecenie, pozwalające przekroczyć próg realności. Ta synkretyczna religia w Brazylii powstała z pomieszania chrześcijaństwa z pogaństwem afrykańskich niewolników. Główny sens tych obrzędów polega przede wszystkim na głębokiej wierze, że człowiek nie może pożegnać się ze światem nagle, z dnia na dzień. Ma przecież jeszcze tyle spraw do załatwienia. Dlatego przez czas pewien jeszcze musi pozostać z nami. Wypalić cygara, które zostawił w otwartym pudełku, wypić do końca napoczętą butelkę tequili... Tych wszystkich obowiązków muszą dokonać za niego jego rodzina i przyjaciele. Ten kto chce pomóc zmarłemu, sam staje się zmarłym. A wszystko w rytm tej psychodelicznej muzyki.

Widziałem na własne oczy jak matka zamieniła się w małe dziecko, które umarło. Usiadła na podłodze, stała się dzieckiem. Mężczyzna, który jednym haustem wypijał butelkę wódki, pozostał zupełnie trzeˇwy, ponieważ to nie on pił tę wódkę, tylko pił ją - jego ustami - zmarły... W ustach trzymał jedno cygaro, drugie miał w nosie a trzecie włożył do ucha, żeby zmarły mógł się napalić do syta. Bo tylko tak może odejść pogodzony z tym światem.

To nie jest pukanie do okna, w którym pojawia sie zmarła dzieweczka, ale żywi stają się zmarłymi. Zobaczyłem macumbę i zrozumiałem, że o taki obrzęd Mickiewiczowi chodziło, obrzęd, w którym następuje prawdziwe zmarłych obcowanie. Ale czy można u nas wytworzyć takie napięcie? Jeśli się wprowadzi bębny i ich rytm prowadzący do transu - wszyscy od razu skojarzą z Afryką. I nie ma już Mickiewicza, nie ma wielkiej poezji. Prawda jest jedna, aby stwortć coś na scenie, lub na ekranie, nie wystarczy analiza trudności i przewidywanych błędów - trzeba mieć arsenał środków, które wyrazają idee inscenizacji i wiarę w te idee. Myślac o "Dziadach" zatrzymałem się na niemożliwościach i pomimo dwukrotnej pracy z młodymi aktorami nad scenami w celi, które prowadziłem w PWST w Warszawie i w szkole filmowej w Łodzi, nie odważyłem się przekroczyć tego progu.

Jorge Amado a la Witkacy
Kontynuując moje "studia" nad macumbą zawędrowałem do San Salvador. Towarzyszył mi pewien znany polski dziennikarz, od wielu lat już na emigracji w Brazylii. To on opoweidział mi o pewnej powieści znanego pisarza brazylijskiego Jorge Amado. Powieści bardzo zabawnej, której główny pomysł polegal na tym, że u wdowy zjawia sie jej zmarły maż i dopomina się nadal o swoje prawa. Byłby to być może mój pierwszy komediowy film, a może też pewien ukłon w stronę - Witkacego, gdyż wyobrażałem sobie ten film - nie znając powieści - tak właśnie demonicznie, w stylu "Sonaty Belzebuba".

Niestety nie podjąłem żadnych energiczniejszych działań (nie było jeszcze wtedy polskiego przekładu tej powieści), nie miałem odpowiedniego agenta ani potencjalnych producentów. Zajałem się innyni projektami, których zawsze miałem wiele, aż w końcu po latach ktoś inny zrobił ten film z wielkim powodzeniem.

Słoń wezyra
Kiedy pracowałem w Jugosławii nad "Powiatową lady Makbet", Ivo Andrić żył jeszcze i miałem szczęście poznać go. Andrić mówił po polsku, gdyż przed pierwszą wojną światową studiował na Uniwersytecie Jagielońskim. Recytował z pamięci wiersze Słowackiego i opowiadał o Krakowie z tamtych czasów. Dopiero po jego opowieściach zrozumiałem, jakim biednym, smutnym i opuszczonym miastem był wtedy Kraków, po którym przechadzał się jeszcze Wyspiański.

Ivo Andrić napisał kilka opowiadań, które dzieją się w Sarajewie. Kto zna te opowiadania i opisane w nich okrucieństwo, gwałtowność i bezinteresowne zło, łatwiej może zrozumieć nieszczęścia, jakie się zdarzyły w Sarajewie. Ten temat jest mi szczególnie bliski, próbowałem go w różny sposób pokazać w wielu swoich filmach.

Turcy rządzili w Bośni niebywale okrutnie a jednocześnie ze swego punktu widzenia mądrze. Pozornie istniało normalne życie, czynne były kościoły, franciszkanie wykonywali swoje posługi, miejscowa arystokracja miała możliwość działania, oczywiście w ramach tureckiego, okupacyjnego wojskowego systemu.

Wśród tych niezwykłych opowiadań Andrica jedno jest szczególnie filmowe. Z Carygradu do Trawnika, gdzie była jego oficjalna siedziaba, ma przyjachać nowy wezyr. Ale nim pojawi się on w mieście, straż wezyra przyprowadza do miasta małego słonia. Zołnierze prowadzą go przez cały kraj, tak aby każdy w Bośni mógł go zobaczyć lub o nim usłyszeć. Jego widok szerzy postrach. Bo kim musi być wezyr, skoro "coś takiego" idzie przed nim! Co z tego, że słoń jest młody i zaczepia ludzi, robi różne psikusy. To zwierzę przeraża, gdyż jest uosobieniem władzy. Walka z tym "potworem" i śmierć słonia to najlepiej pokazana w literaturze sytuacja władza - opozycja. To opowiadanie miałem zamiar połączyć z innym z tego samego zbioru, w którym powtarza się identyczna sytuacja przybycia nowego władcy, wysłanego z centrali. Tym razem wezyr sieje popłoch i utrwala swą władzę na lata, zapraszając na powitalną ucztę całą miejscową arystokrację. Dla każdego z nich przygotowany jest zaostrzony pal z nazwiskiem. Z życiem uchodzą tylko ci, którzy nie przybyli tego wieczora. Co najdziwniejsze, wezyr nie ściga ich, gdyż wie, że oni najskuteczniej swoim strachem sterroryzują pozostałych mieszkańców. Co ciekawsze i niezwykłe, wezyr jest z zamiłowania kaligrafem i całymi dniami kreśli arabskie wersety. Chce mieć całkowity spokój, rękę, która nie zadrży, więc musi zaraz na początku swego "urzędowania" zrobić coś, co na lata pozwoli mu oddać się prawdziwej namiętności do sztuki.

Czyż może być piękniejszy splot sprzeczności, bardziej filmowy?

Obrazy Malapartego
Kiedy pojawiło się "Kaputt" w polskim tłumaczeniu, Malaparte mnie zachwycił. Zobaczyłem nagle scenarzystę moich snów, scenarzystę, którego poruszają obrazy. Niektórzy uważali zresztą, że opisane przez niego zdarzenia podsunęła mu bardziej wyobraˇnia niż rzeczywistość, którą mógł zobaczyć jako korespondent wojenny.. Tak czy inaczej mnie poruszyły te konie zamarznięte na jeziorze Ładoga. Takie obrazy warto przenieść na ekran, bo właśnie w nich zawarty jest często tragizm naszych czasów.

Malaparte zgromadził znacznie wiecęj takich obrazów, również z okupowanej Polski; był pod murami warszawskiego getta i w Krakowie, widział żydowskie dzieci głodujace, umierające dzieci i gubernatora Franka na Wawelu...

Niestety, nie umiałem się skontaktować z Malapartem, kiedy żył ani z jego spadkobiercami po jego śmierci. Pomysł był oczywiście - jak na warunki naszej kinematografii - tak ekscentryczny, tak nierealny, że mogłem o nim jedynie marzyć.

Bołdyn Stalinem
"Bołdyn" to jedna z partyzanckich opowieści, jakich się wtedy wiele ukazywało, ale Putrament napisał ją, by zakamuflować historię Stalina i jego - że tak powiem - samotności do końca. Historie przywódcy, który nikomu nie wierzy i który uważa, że każdy z jego otoczenia, kto odegrał już swoją rolę, powinien pożegnać się z życiem. Bo zanadto się umocni, pozna tajemnicę przywódcy i może mu zagrozić.

Myślę, że Putrament to właśnie chciał pokazać - pod przykrywką opowieści partyzanckiej. Sobie znanymi sposobami doprowadził do druku tej powieści. Niestety, realizacja filmowa jest bardziej przejrzysta niż tekst literacki. I każdy - widząc takiego potwora - zrozumiałby, o kogo naprawdę chodzi. Zaś to skazałoby od razu film nie tylko na zatrzymanie, ale w ogóle na daleko idące konsekwencje. Nie miałem też żadnej pewności jak zachowałby się w takiej sytuacji Putrament; nie był on bowiem nadmiernie lojalnym człowiekiem. Biorąc pod uwagę te wszystkie okoliczności - Bóg mnie strzegł, że się w ten projekt nie wplątałem i skończyło się tylko na "dobrych chęciach".

Günter Grass
Trzykrotnie "otwarłem" się na Güntera Grassa i niestety żadne z tych spotkań nie zakończyło się filmem. Pierwsze dotyczyło powieści "Blaszany bębenek". Grass uważał, że to ja powinienem ją przenieśc na ekran i mnie wybrał na reżysera. Niestety, okazało się, że on sam nie chce być scenarzystą, a ja nie umiałem napisać tego scenariusza, który wymagał scenarzysty z ogromną wyobraˇnią filmową i wielką wprawą. Dopiero po latach Jean-Claude Carriere (póˇniejszy scenarzysta "Dantona") potrafił napisać scenariusz z tej ogromnej powieści. Myślę zresztą, że ja nie zrobiłbym tak ostrego, ekspresyjnego, odważnego i przede wszystkim niemieckiego filmu jak Volker Schloendorff. Więc lepiej dla powieści i dla pisarza, że tak właśnie zakończyła się cała sprawa tym razem.

Ale była i druga propozycja. Günter Grass, niezrażony pierwszym niepowodzeniem, swoją powieśc "Kot i mysz" przeznaczył dla mnie. Niestety, władze polityczne uznały, że polski reżyser nie może zrobić niemieckiego filmu, z niemieckimi aktorami, którego akcja toczy się na Pomorzu, czyli w Polsce. Wiele tej sprawie zaszkodziła recenzja Wojciecha Zukrowskiego. Uknuto całą intrygę, żeby uniemożliwić mi zrobienie tego filmu. A mógł powstać film piękny, jestem o tym głęboko przekonany. Wskrzesiłbym w nim obrazy wojenne, z codziennego życia, widziane przeze mnie w latach okupacji, gdyż spojrzenie na wojnę było pokazane przez Güntera Grassa młodymi oczami.

Raz jeszcze spotakałem Güntera Grassa, gdy napisał "Wołanie kumaka" (akcja rozgrywa sią w Gdańsku już po wojnie). Tym razem nic nie stało na przeszkodzie, gdyż żyłem już w wolnym kraju i mogłem sam dokonać wyboru. Tylko że teraz ja nie byłem w dobrej formie i nie miałem wobec tej powieści dość entuzjazmu, aby zrobić z niej film.

Kongres futurologów
Stanisław Lem podsunął mi fantastyczne i śmieszne opowiadanie "Kongres futurologów". Rzecz dzieje się w hotelu, w którym odbywa się kongres. Uczestnicy zastanawiają się - w bardzo zabawny sposób - nad tym co będzie jutro, pojutrze i w niedalekiej przyszłości. W tym samym czasie i w tym samym hotelu trwa również inne zgromadzenie, jak to Lem enigmatycznie nazwał - wydawców prasy wyzwolonej, czyli po prostu prasy pornograficznej. Z tego pomieszczania futurologów i wydawców powstają bardzo śmieszne sytuacje. Ale w trakcie trwania obu kongresów wybucha w mieście (a można założyć, że akcja toczy się w którymś z krajów południowoamerykańskich) kolejna rewolucja. Jej przywódcy postanawiają jakimś sposobem wyeliminowć albo lepiej: unieszkodliwić obcokrajowców, członków obu kongresów. Do wody dostarczanej gościom hotelowym dodają odpowiedni, silnie działający środek otępiający i nasenny. Nasz bohater jest jednak ostrożny i wody nie pije. Dzięki temu obserwuje dalsze wydarzenia, które są niezwykle zaskakujące, gdyż akcja schodzi do kanałów, gdzie błądza i giną w wiekszości futuryści i pornografowie. Tu Lem opisuje Nowy York jako miasto kompletnej ruiny, zaniedbania i upadku. Nikt nie wywozi śmieci, nikt nie sprząta, nie sposób opanwać totalnej destrukcji, przeludnionej do niemożliwości meropolii. Jedyną obroną jest w tej sytuacji zażwanie środków halucynogennych rozdawanych przez państwo, które powodują, że ci, którzy w tym świecie żyja, widzą go zupełnie inaczej, jako świat normalny...

Była to oczywiście fantastyczna, ironiczna i szalenie złośliwa aluzja do naszej ówczesnej rzeczywistości. Słoneczko komunizmu miało się nad nami unosić i oświetlać nasze życie. Wmawiano nam, że nasz świat jest najpiękniejszy i najwspanialszy, tymczasem nasze życie wyglądało tak jak wygladało... Niestety olśniewający pomysł Lema sprzed wielu lat wymyślili nieco póˇniej również amerykańscy scenarzyści i reżyserzy. Taki świat w ruinie pokazał się bowiem w wielu filmach przyszłościowych.

Spotkanie ze Spilbergiem
Kiedy Steven Spielberg przygotowywał się do "Listy Schindlera", spotkałem się z nim w Krakowie. Pojechałem specjalnie, żeby rozmawiać z człowiekiem, który jest dziś wyjątkową postacią w świecie kina. Lew Rywin powiedział mu wcześniej, że moim zdaniem "Lista Shindlera" powinna być filmem czarno-białym. Teraz, w czasie naszej rozmowy, Spielberg zapytał mnie czy to prawda i dlaczego tak uważam. Użyłem argumentu, który - jak sądzę - przekonal go natychmiast. Powiedziałem - jeśli zdecydował się zrobić film o tragedii Żydów w Europie, to film ten musi odróżniać się od wszystkich jego poprzednich filmów hollywoodzkich. Tylko wtedy widzowie zrozumieją, że ma im coś innego do powiedzenia.

Przekonany Spielberg spojrzał jednak na mnie i zapytał: A wie pan, że Shindler miał niebieskie oczy? Tak - odpowiedziałem - wiem, bo sam miałem robić "Listę Shindlera" i ten scenariusz był w moich rękach... (Jeszcze jeden nie zrealizowny projekt). Wiele czytałem na temat Shindlera. Spielberg zwrócił się do swojego producenta, który siedział po drugiej stronie stołu. A co myślisz, gdybyśmy zrobili cały film czarno-biały, a tylko oczy wykolorowali na niebiesko?

Wykolorowanie kilku tysięcy materiałów taśmy, tak, aby Shindler miał niebieskie oczy, a cała reszta była czarno-biała, kosztuje mniej więcej tyle ile wynosi roczna dotacja dla całej polskiej kinematografii. Producent nie oponawał, a Spielberg zainteresował się też czerwonymi naszywkami na kołnierzach mundurów. Ale po chwili o wszystkim zapomniał i rozmawialiśmy już tylko o tym, w jakiej scenerii umieścić w Krakowie poszczególne sceny filmu.

Ale ja zobaczyłem nagle człowieka wszechmocnego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy reżyser jest do pewnego stopnia - oczywiście w zależności od budżetu, jakim dysponuje - Panem Bogiem. Jednak wtedy, w Krakowie, zobaczyłem prawdziwego Pana Boga, dla którego nie ma żadnych ograniczeń.

Temat nie dla mnie
Zawsze pociągały mnie tematy bardzo różne, ponieważ wydawało mi się, że jestem reżyserem umiejącym wyreżyserować i "Kanał", i "Popiół i diament", i "Wszystko na sprzedaż", i "Człowieka z marmuru", a także "Wesele", "Ziemię obiecaną" czy "Panny z Wilka" a jednocześnie "Krajobraz po bitwie" lub "Dantona".

Mój pościg za różnymi tematami, to rozstrzelenie tematów, cały ten chaos, to nieustanne poszukiwanie bohaterów i zdarzeń wynika po prostu z potrzeby robienia filmów. Szczęśliwi są reżyserzy piszący sami scenariusze do swoich filmów, są bowiem uzależnieni wyłącznie od siebie. Ja, niestety, wiedziałem, jaki temat chcę poruszyć, wiedziałem, co chcialbym powiedzieć, ale - samemu nie pisząc - musiałem szukać materiału, który dałby mi szanse wypowiedzenia się właśnie na ten poszukiwany temat. A taką szansę dawała mi literatura, choćby, "Ziemia obiecana", "Krajobraz po bitwie" czy "Wesele".

Zdawałem sobie również sprawę, że nie dostanę scenariuszy na te tematy, a jeśli nawet, to nie będą one miały tej siły wydarzeń i postaci, tej bezinteresowności, jaką ma literatura. Pisarz przedstawia rzeczywistość, zmaga się ze światem, aby go uporządkować. Robi to bezinteresownie: natomiast scenarzysta pisze tylko to, co nadaje się na ekran. Co da się sfilmować. Ta sytuacja dotyczy polskiej kinematografii, która nie dysponowała nigdy nadmiarem oryginalnych scenariuszy.

Tekst opublikowany został za zgodą wydawcy.
Kino Nr4/1999

Początek ^

© 1998 - 2026 Polonia Business. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Pytania? Napisz do .